poniedziałek, 10 grudnia 2012

Kulig po zmroku..

Ciemność spowija świat tak szybko, 
że zanim wrócimy do domu i zjemy obiad
za oknami jest czarnoooo.

Dobrze, że mamy latarnię przed domem ;)

W tygodniu ciężko znaleźć więc czas, siły i ochotę
 na jakiekolwiek atrakcje,
ale taaaaki śnieg to MUS wykorzystać ;)

Mąż zarządził więc wieczorny kulig !
Dziewczynki oczywiście wniebowzięte :)

Po drodze zgarnęliśmy jeszcze dzieci sąsiadów
i wśród śmichów i chichów wyruszyliśmy w drogę :)




Dzieciom pomarzły nosy, ale uśmiechy były od ucha do ucha :)
Śniegu u nas co niemiara!


Dziś zaczęłam dzień od odśnieżania wejścia do pracy, 
zapadłam się prawie po kolana próbując rano dostać się do drzwi ;)

Odśnieżałam tak sobie małą szufelką,
 próbując w międzyczasie ulepić bałwana 
i odpowiadając na uśmiechy przechodzących ludzi, 
również zaskoczonych ilością napadanego przez ostatnią noc śniegu :)



Oby tylko śnieg utrzymał się do świąt!


A teraz korzystając z wolnego wieczoru zabieram się za pieczenie lebkuchen!

Pozdrowienia dla wszystkich zaglądających :)






czwartek, 6 grudnia 2012

Magiczny Grudzień!

Wreszcie grudzień ! I to jaki !

Lekko mroźny, sypiący śniegiem - jest pięknie!

Listopadowego wstręciucha mamy już za sobą
 a GRUDZIEŃ to najbardziej magiczny miesiąc w roku!

Już w samej jego nazwie słychać delikatne dzwoneczki z mikołajowych sań ;)

Taki widok wita nas ostatnio o poranku :)



Za oknem śnieżna zadymka, 
choć jeszcze rano wklejaliśmy nosy w szybę 
obserwując malowniczo wirujące na lekkim zimowym wietrze 
pojedyńcze płatki śniegu.

Teraz już ogród spowity w grube śniegowe czapy
 a na trawniku powoli tworzą się zaspy!

Nigdy jednak śnieg nie cieszy tak jak w grudniu!



W kuchni pachnie pomarańczową struclą z twarożkiem, 
w kominku buzuje ogień - chwilo trwaj!



Będzie to prawdopodobnie dość chaotyczny wpis,
 bo zdjęcia mam z kilku ostatnich grudniowych dni.
 A jak już doszłam do tego - jak odblokować limit 
(wykasować stare, powtarzające się foty z picasy)
to wklejam wszystkie naraz - a co! :)

Dobiegający końca weekend był CUDOWNY!
Niby nic się nie działo, niby żadnych szczególnych atrakcji,
ale w rodzinno-domowym sosie było nam wyjątkowo sielsko i dobrze :)

Upiekłam z dziewczynkami pierwszą partię pierniczków,
 które zamknęłyśmy w puszkach z kawałkami jabłek 
- jak widać, Pelcia wyjada nawet te jabłka - straszny z niej łasuch :)


W domu coraz więcej czerwieni - to jej debiut w naszym domu :)







Skórkę kandyzowaną zrobiłam wczoraj sama, 
przy okazji nocnego oglądania Listów do M. z siostrą :)


Dzieciaki wszystkie spały razem, z czego miały ogromną frajdę oczywiście!

Rano ciężko było ogarnąć rozhasaną ferajnę, 
żeby zapakować je na sanki
 i pociągnąć na śniadanie do Dziadka Marka,
 który własnie wrócił z trasy :)

Dziadkowi zaniosłyśmy puszkę pierniczków,
 bo niestety (co za beznadzieja!) nie przyjedzie do domu na Święta :/ 

Więc zapakujemy mu choć trochę Świąt do pracy ;)



Pierogi już częściowo poklejone, mrożą się w zamrażarce.
Przy okazji lepienia (nocnego a jakże - doba jakoś nie chce się sama rozciągnąć)
 odbyłam wychowawczą rozmowę z Mamą i tym razem dla odmiany
 (mając dzieci można czasem zapomnieć,że samemu się jest dzieckiem ;) ) 
to ja byłam wychowywana ;) 
Chyba mi pomogło ;)

Zrobiłam też na próbę makowca z przepisu Dorotki oczywiście, 
nigdy wcześniej nie robiłam a do tego ambitnie podeszłam do tematu
 i nie dałam się skusić na żadne tam gotowe masy z 30% maku w składzie.
Wyszedł całkiem, całkiem, za tydzień powtórka ;)


W zimowy, śnieżny, mikołajkowy wieczór 
zakutana w ciepły...szlafrok (a kto mi zabroni??? ;)) ) 
i puchową kurtkę,
 z kubkiem gorącej kawy w ręku, aparatem w drugiej
 i kotem plączącym się między nogami 
(którego to kota brałam za Tatowego Zbyrka,
 karmiłam, wpuszczałam do domu na "ogrzanie" 
a okazał się całkiem obcym kotem ze wsi ;) )
udałam się dwa domy dalej do Babci, 
żeby jej podarka słodkiego zostawić 
i o sekretny przepis na makowiec wypytać.

Przy okazji dostał mi się karton stareńkich jak świat
 i z tej starości  wyblakłych i przetartych, 
uroczych szklanych bombek, 
wśród których najbardziej uroczy był muchomor :)







Sekretem udanej masy makowej okazało się dodanie do niej mleczka zagęszczonego :)





A wracając do Mikołaja :)
Oprócz prezentów w butach, 
w tym roku dodatkową atrakcją dla dziewczynek
 był wyjazd do Teatru Lalek na zimowe przedstawienie, 
z Mikołajem i prezentami!
Wyjazd ten "dostał" nam się przypadkiem w ostatniej chwili od koleżanki, 
której synek niestety się rozchorował i nie mógł pojechać.

A moje dziewuchy były zachwycone!



Miłość Pelci do koloru niebieskiego nadal kwitnie, 
zachwycała się nawet niebieskimi lampkami na teatralnej choince :)



Nie mogłam jej więc nie zrobić niebieskich dekoracji w pokoju ;)


Julcia zostaje przy różowym, więc ozdoby są głównie dwukolorowe ;)
Świerkowy stroik ubierały razem ze mną, 
co widać po zagęszczeniu ozdób na gałązkach ;))




Na ten komplet wiekowych bombek od Babci nie mam jeszcze pomysłu,
chyba wrzucę w wazon dziewczynom do pokoju, bo są takie kolorowe właśnie :)



A resztę domu opanowały biele i czerwienie.



I na zewnątrz też biało :)



Jest pięknie!





Mąż właśnie wrócił z odśnieżania podjazdu mokrusieńki!
Ale na quadzie to się po śniegu fajnie bączki kręci, cooo??? ;)))

Przed nami ostatnie dwa tygodnie do świąt.
Nie bedę wariować, wściekać się, że nie zdążę, 
czego nie uda się zrobić to trudno,
 postaram się skupić na tym co nam sprawia radość.
 I Wam radzę zrobić to samo :)

Miłego tygodnia!


































niedziela, 11 listopada 2012

Co tam słychać w listopadzie? ;)

O rany! Rzeczywiście dawno mnie tu nie było !

Dni skurczyły się niemiłosiernie,
 za to lista codziennych obowiązków nie chce się kurczyć wcale !

Nic to - jakoś dajemy radę ;)

Dziękuję wszystkim za odwiedziny, komentarze,
 wyróżnienia i zaproszenia do blogowych zabaw!
Niestety nie jestem w stanie z nich korzystać,
ledwo znajduję czas na zrobienie nowego wpisu..jak widać..

Jak radzimy sobie w ten chłodny, dżdżysty i szary listopadowy czas?
Staram się wprowadzać coraz więcej
 kolorowych warzyw i owoców do naszej codziennej diety.
Do tego zaczęłam rano biegać :) 
Zawsze uważałam, że biegania nie lubię,
 bolały mnie nogi, kolana, jakoś nie mogłam się przemóc ! 
A tu się okazuje, że dobre buty to podstawa sukcesu! 
Więc - polubiłam jogging ;)
 Biegam sobie rano przed pracą (mam akurat niecałą godzinkę zapasu ),
dwa, trzy razy w tygodniu biega ze mną Julcia - jej też trochę ruchu się przyda :)


Wieczorami czytamy książki, grzejemy się przy kominku.
Ja znowu odgrzebałam szydełko :)
Szydełkowe kwadraty, które były moim pierwszym w życiu włóczkowym tworem 
i jednak nie doczekały się występu na poszewce,
zostały wplątane w kolorowy komin dla Julcika :)




Ogród w zasadzie przygotowany do zimy, 
rośliny w pojemnikach powędrowały do piwnicy,
na rabacie przed domem położyłam świerkowe gałązki,
trawnik zgrabiony i nawieziony jesiennie,
mata na mrozy w pogotowiu.





Zrobiłam eksperyment
 i po pierwszych przymrozkach zrobiłam kokony wypełnione liścmi 
dla dwóch największych hortensji ogrodowych, które zawsze mi marzły.
Teraz znowu ocieplenie, ale już nie będę ich odwijać.
Trudno, zobaczę co z tego wyjdzie - i tak zawsze marzły, 
więc niech teraz siedzą opatulone przez całą zimę.
Dwie kolejne poczekają na okrycie do większych mrozów
 i zobaczymy, które lepiej na tym wyjdą ;)















W ogrodzie coraz mniej kolorów i coraz bardziej one przygaszone,
ale jest w miarę ciepło i można korzystać z uroków przyrody :)
Każdy korzysta według upodobań :)



A w domu ruszył z cebuli amarylis - ciekawe czy zakwitnie do Świąt!


Dzisiejszy 11 dzień listopada to dla nas przede wszystkim urodziny Taty.
Urodzinowy tort pomieścił tym razem dwie czekolady, pół słoika masła orzechowego, 
mascarpone, pół litra kremówki, opakowanie toffifee i 12 jaj - licząc z biszkoptem :)

Prawdziwa czekoladowo-orzechowa masakra ;)




Taka więc zasłodzona na maksa (jutro wybiegam!) 
życzę Wam udanego tygodnia, 
kolejnego, który zbliża nas do Świąt :)